Normal
0
21
false
false
false
PL
X-NONE
X-NONE
/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-qformat:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:0cm;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0cm;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}
ZAPOMNIANE BITWY STANLEY KETCHEL – JACK O’BRIEN
Wczoraj, czyli 26 marca 1909 roku, a więc 105 lat temu na ringu w Nowym Jorku doszło do niesamowitej wojny dwóch godnych siebie rywali. Jednym z nich był bliski naszym sercom mistrz świata wagi średniej, znany z niesamowitej ringowej agresji i siły Stanley Ketchel (51-4-4, 48 KO). Drugim czempion dywizji półciężkiej, popularny Jack „Philadelphia” O’Brien (92-8-14, 56 KO).
Stanley Ketchel to oczywiście Stanisław Kiecal, który urodził się 14 września 1886 roku w Grand Rapids w stanie Michigan. Jego rodzice Jan i Julia Kiecalowie w poszukiwaniu lepszego życia wyemigrowali do Ameryki ze wsi Sulmierzyce, tak jak tysiące innych rodaków. Historia tego wspaniałego pięściarza mogłaby z pewnością posłużyć do stworzenia niejednego filmu przygodowego, my jednak skupmy się na samej pamiętnej walce.
Przystępując do tego pojedynku, który rozegrano w nowojorskim National Athletic Club, Ketchel mógł znowu tytułować się mistrzem świata wagi średniej po tym, jak cztery miesiące wcześniej znokautował swojego wielkiego rywala, syna niemieckich emigrantów Billy’ego Papke (37-11-5, 32 KO). Walka z popularnym O’Brienem nie była rywalizacją o żaden tytuł, niemniej jednak style obydwu pięściarzy gwarantowały żądnym wrażeń kibicom pewne emocje.
Stanley był przeciwieństwem Jacka. Jako 12 letni chłopak uciekł z domu i dorastał podróżując po kraju i żyjąc jak włóczęga. Ówczesna Ameryka, jak łatwo się domyślić, nie była całkiem bezpiecznym miejscem dla żądnego wrażeń młodego awanturnika, ale to prawdopodobnie taki styl życia i wrodzony chart ducha sprawiły, że Ketchel stał się odporny psychicznie i twardy jak stal. Jego żywiołowy charakter i zamiłowanie do ryzyka znalazły odbicie w stylu walki. Szybko zaczęto nazywać go „Zabójcą z Michigan”, bo uderzał z tak straszliwą siłą, jakby był zawodnikiem wagi ciężkiej. Dodatkowo atakował rywali z ogromną zaciekłością i niewielu z nich udawało się dotrwać do końcowego gongu, nie mówiąc już nawet o nawiązaniu równorzędnej rywalizacji z tą „bestią w ludzkiej skórze”, jak nazywało go jego ofiary.
Jack O’Brien w ringu był elegancki i wyrachowany. Ten pochodzący z Philadelphii czempion był zapalonym skrzypkiem i uwielbiał uczęszczać na koncerty muzyczne i opery. Prawdziwy gentleman oprócz wywalczenia tytułu dywizji półciężkiej, dwa razy próbował także podbić wagę ciężką, ale najpierw zremisował, a następnie przegrał na punkty z ówczesnym królem Tommy Burnsem (46-4-8, 34 KO).
Gdy zabrzmiał pierwszy gong planowanej na dziesięć rund bitwy Ketchel vs O’Brien, wokół ringu zasiadły tysiące fanów. Wśród nich na honorowych miejscach oglądali pojedynek wspaniały Sam Langford (179-30-40, 128 KO), który głośno zapowiadał, że zmierzy się ze zwycięzcą tej konfrontacji, a obok niego można było dostrzec inną gwiazdę, czyli Jacka „Twin” Sullivana (52-20-32, 23 KO).
Oczywiście wszystko rozpoczęło się według przewidywalnego scenariusza, czyli od huraganowego ataku niższego o kilka centymetrów i lżejszego o kilka kilogramów Stanleya. Jednak jego przeciwnik był utalentowanym bokserem, którego doskonałe umiejętności defensywne, a także precyzyjne kontry, szybko zaczęły frustrować „Zabójcę z Michigan”. Wkrótce doświadczony Jack zaczął zyskiwać przewagę i po ośmiu odsłonach zaciętego meczu wydawało się, że dopisze następną wygraną do swojego rekordu i odprawi z kwitkiem młodego zabijakę.
Jednak po raz kolejny okazało się, że tak straszliwy punczer jak Ketchel losy pojedynku potrafi odwrócić jednym uderzeniem. Tak też się stało, gdy w dziewiątej rundzie „Philadelphia” wylądował na deskach po raz pierwszy. W ostatniej odsłonie „Zabójca z Michigan” powtórzył to jeszcze trzy razy. Wyjątkowo brutalny i destrukcyjny był ostatni knockdown zadany błyskawicznym prawym, po którym O’Brien padł jak rażony gromem i odzyskał przytomność dopiero długo po ostatnim gongu. Z niewiadomych przyczyn sędziowie uznali walkę za nierozstrzygniętą i do dzisiaj eksperci uważają, że powinni wówczas ogłosić zwycięstwo Polaka przez nokaut.
Ze względu na przebieg tego spotkania, jak i jego efekt końcowy w postaci kontrowersyjnego werdyktu, szybko doprowadzono do rewanżu obydwu mistrzów pięści. Trzy miesiące później „Zabójca z Michigan” rozwiał już wszelkie wątpliwości i w rodzinnym mieście O’Briena Filadelfii, zdemolował go w przeciągu trzech rund.
Wojciech Czuba